*Czas gdy Lucy miała 6 lat.*
Ugh! Jak ja ich nienawidzę! Ciągle tylko Lucy to, Lucy tamto! A co, oni rąk nie mają?! Szłam właśnie ulica Pokątną, w myślach mordując moich opiekunów, gdy moje zbawienne rozmyślenia (zależy dla kogo...) zostały przerwane. Aktualnie znajdowałam się na ziemi rozmasowując obolałe czoło, i patrząc ze złością w oczach na dwójkę mężczyzn, odwracających się w moja stronę.
Nieświadomie wysunęłam uszka i machając nerwowo ogonkiem, który też się pokazał, wstałam z ziemi.
-Hej, nic ci nie jest?-Zapytał jeden z nich. Byli przerażająco podobni. Rude włosy, niebieskie oczy! Paranoja jakaś!
-Nie.-Burknęłam pod nosem.
-Jestem George, a ten obok to Fred.-Powiedział i obaj się wyszczerzyli podając ręce.
-Lucy.-Uśmiechnęłam się szczerze i uścisnęłam wyciągnięte dłonie.
-Wyglądasz jakbyś chciała kogoś zamordować.
-Bo tak jest.-Wzruszyłam ramionami.
-A można wiedzieć...-powiedział George.
-Kto ma zaszczyt...-teraz zaczął Fred.
-Zostania zabitym przez kotołaka?-szepnęli oboje.
Popatrzyłam się na nich takimi oczami.
-Skąd wy...
-Spójrz za siebie.
Spojrzałam, a tam... Pam, pam, pam! Ogonek! MÓJ fioletowy ogonek!
-Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! What?! Czemu?! Jak?!
-Ej, stop! bo się zapowietrzysz!-Zaśmiał się George.
Dobra Lucy! Uspokój się! Oddychaj, głęboko oddychaj... Ale no jak?! Czemu ten głupi ogon się pojawił?!
Ok, zapytam się ich o coś i tyle... Tak to dobry plan!
-Uhm... Znacie jakieś mafie?-Zapytałam i od razu tego pożałowałam. Obaj mieli wydłużone kły, tak samo jak włosy, a oczy z niebieskich zmieniły kolor na czerwone. (Hmm... Dość ciekawa reakcja na pytanie o mafie..)
-...Shadow...-Powiedzieli jednocześnie i się rozpłynęli, a ja stałam sparaliżowana...
*Teraźniejszość*
Teleportowałam się w okolice hotelu ,,Sky". Z tego co wiedziałam, dziś miała odbyć sie tu impreza, na której wszyscy mają mieć jakąś maskę. Idealna okazja, by założyć moją nową maskę!
OoOoO
-Hej, nic ci nie jest?-Zapytał jeden z nich. Byli przerażająco podobni. Rude włosy, niebieskie oczy! Paranoja jakaś!
-Nie.-Burknęłam pod nosem.
-Jestem George, a ten obok to Fred.-Powiedział i obaj się wyszczerzyli podając ręce.
-Lucy.-Uśmiechnęłam się szczerze i uścisnęłam wyciągnięte dłonie.
-Wyglądasz jakbyś chciała kogoś zamordować.
-Bo tak jest.-Wzruszyłam ramionami.
-A można wiedzieć...-powiedział George.
-Kto ma zaszczyt...-teraz zaczął Fred.
-Zostania zabitym przez kotołaka?-szepnęli oboje.
Popatrzyłam się na nich takimi oczami.
-Skąd wy...
-Spójrz za siebie.
Spojrzałam, a tam... Pam, pam, pam! Ogonek! MÓJ fioletowy ogonek!
-Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! What?! Czemu?! Jak?!
-Ej, stop! bo się zapowietrzysz!-Zaśmiał się George.
Dobra Lucy! Uspokój się! Oddychaj, głęboko oddychaj... Ale no jak?! Czemu ten głupi ogon się pojawił?!
Ok, zapytam się ich o coś i tyle... Tak to dobry plan!
-Uhm... Znacie jakieś mafie?-Zapytałam i od razu tego pożałowałam. Obaj mieli wydłużone kły, tak samo jak włosy, a oczy z niebieskich zmieniły kolor na czerwone. (Hmm... Dość ciekawa reakcja na pytanie o mafie..)
-...Shadow...-Powiedzieli jednocześnie i się rozpłynęli, a ja stałam sparaliżowana...
*Teraźniejszość*
Teleportowałam się w okolice hotelu ,,Sky". Z tego co wiedziałam, dziś miała odbyć sie tu impreza, na której wszyscy mają mieć jakąś maskę. Idealna okazja, by założyć moją nową maskę!
OoOoO
-Nie! Proszę nie!
Przystawiałam ostrze katany do jej szyi, lekko ją rozcinając. Uwielbiam patrzeć jak moje ofiary patrzą na mnie tymi przerażonymi oczami. Napawa mnie to dumą. To że morduję niewinnych ludzi, że za to dostaję pieniądze. Tak, wiem jestem psychopatą... Ale po tym co przeszłam, niema co się dziwić.
Krew była wszędzie. Na rękach, podłodze, ścianach, włosach... Czerwona fontanna krwi, to chyba najlepsze określenie...
Przystawiałam ostrze katany do jej szyi, lekko ją rozcinając. Uwielbiam patrzeć jak moje ofiary patrzą na mnie tymi przerażonymi oczami. Napawa mnie to dumą. To że morduję niewinnych ludzi, że za to dostaję pieniądze. Tak, wiem jestem psychopatą... Ale po tym co przeszłam, niema co się dziwić.
Krew była wszędzie. Na rękach, podłodze, ścianach, włosach... Czerwona fontanna krwi, to chyba najlepsze określenie...
OoOoO
Leżałam na łóżku próbując zasnąć. Niestety, moje szczęście nie pozwalało mi na to. Taak, nigdy nie miałam kłopotów ze snem, a tu? Kłopot! Tylko dlatego że zabiłam niewinną osobę... Która była moja przyjaciółką... E tam! Nic się nie stało! Zlecenie było? Było! To o co Ci chodzi mózgu? Aaa, o to? Uhm, o wiem, przyjaźń itp. ale niema jak zarobić nie letnim na tym jakże okrutnym świecie... Co prawda, to prawda, życie to nie bajka...
Moje rozmyślenia przerwał jakże "uroczy" głos mojej ciotki, Elizabeth, brzmiący mniej, więcej tak:
-Ty! Dziwolongu! Złaź na dół!
-Dobrze, Ciociu!-powiedziałam głosem tak przepełnionym jadem że sam Voldemort, gdyby oczywiście żył, byłby ze mnie dumny!
Moje rozmyślenia przerwał jakże "uroczy" głos mojej ciotki, Elizabeth, brzmiący mniej, więcej tak:
-Ty! Dziwolongu! Złaź na dół!
-Dobrze, Ciociu!-powiedziałam głosem tak przepełnionym jadem że sam Voldemort, gdyby oczywiście żył, byłby ze mnie dumny!
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Taak! Jak obiecałam tak się stało! Jest rozdział, przed końcem tygodnia! Dedykuję Aoi K że jako pierwsza napisała tutaj komentarz. Co do rozdziału, krótki, bo krótki. Mam zarys kolejnego rozdziału. Z dobrą weną rozdziały będą pojawiać się dwa razy w miesiącu. Na marginesie Lucy ma teraz 11 lat.
Polecam tego bloga:lily-i-syriusz.blogspot.com